Wydarzyło się bardzo dużo... niestety z większości pamiętam tylko to czego zazwyczaj wspominać się nie chce...
Ciągłe odejścia i powroty, zachwianie równowagi, nieracjonalne argumenty, pocieszanie, szukanie skuteczniejszej, acz nie koniecznie właściwej siły perswazji... Nie chcę o tym wspominać, lecz to ciągle powraca, na nowo przeżywam coś, przez co odechciewało się wstawać rano z łóża. Zastanawiam się skąd jednak w nas tyle siły i uporu, by to co się zamierzało doprowadzić do końca. A jednak udało się, mimo wszystko.
Nie potrafię określić swego stanu ducha. Nie wiem czy jestem szczęśliwa, czy po prostu pogodziłam się z tym, co teraz nieuniknione. Ale boli bardzo myśl, że jednak może to tak wcale nie miało być. Denerwuję się często, gdy pomyślę o przyszłości, gdyż wyobrażalnie miała być nieco odmienna, nie tak poukładana od samego początku nowej drogi życia. Niektórzy mogli by nazwać mnie wręcz głupią osobą, która nie czerpie satysfakcji ze stabilnego podłoża, po którym obecnie idzie jej los. Jednakże ja też miałam swoje marzenia i zachcianki, które były dla mnie ważnym punktem odniesienia w życiu. Czy nie mam prawa pójść tak jak chcę, bez narażania się na komentarze zwykłych szarych ludzi, którym do szczęścia potrzebna jedynie obrączka i duży brzuch? Przykre, lecz w takim najbliższym otoczeniu przyszło mi żyć. Czuję, że się duszę lecz nic nie mogę teraz zmienić, gdyż zawsze ze mną jest jeszcze mała istota, która właśnie pokrzyżowała mi wszystkie moje marzenia... Muszę myśleć teraz o niej... Być może zbyt długo myślałam tylko o sobie... Lecz czy to grzech, gdy było mi z tym wspaniale... Nikt nie powinien być okradzony z własnych potrzeb i pragnień w myśl tzw. “normalnego toku życia, akceptowanego przez większość społeczeństwa”. Ja się poddałam tej idei tworzenia rodziny. Jednak uważam, że mimo wszystko zbyt szybko i nie czuję się z tym dobrze, wręcz odruch wymiotny towarzyszy mi z każdym wschodem słońca... Mam nadzieję, że to minie i znajdę spokój ducha...
Ciągłe odejścia i powroty, zachwianie równowagi, nieracjonalne argumenty, pocieszanie, szukanie skuteczniejszej, acz nie koniecznie właściwej siły perswazji... Nie chcę o tym wspominać, lecz to ciągle powraca, na nowo przeżywam coś, przez co odechciewało się wstawać rano z łóża. Zastanawiam się skąd jednak w nas tyle siły i uporu, by to co się zamierzało doprowadzić do końca. A jednak udało się, mimo wszystko.
Nie potrafię określić swego stanu ducha. Nie wiem czy jestem szczęśliwa, czy po prostu pogodziłam się z tym, co teraz nieuniknione. Ale boli bardzo myśl, że jednak może to tak wcale nie miało być. Denerwuję się często, gdy pomyślę o przyszłości, gdyż wyobrażalnie miała być nieco odmienna, nie tak poukładana od samego początku nowej drogi życia. Niektórzy mogli by nazwać mnie wręcz głupią osobą, która nie czerpie satysfakcji ze stabilnego podłoża, po którym obecnie idzie jej los. Jednakże ja też miałam swoje marzenia i zachcianki, które były dla mnie ważnym punktem odniesienia w życiu. Czy nie mam prawa pójść tak jak chcę, bez narażania się na komentarze zwykłych szarych ludzi, którym do szczęścia potrzebna jedynie obrączka i duży brzuch? Przykre, lecz w takim najbliższym otoczeniu przyszło mi żyć. Czuję, że się duszę lecz nic nie mogę teraz zmienić, gdyż zawsze ze mną jest jeszcze mała istota, która właśnie pokrzyżowała mi wszystkie moje marzenia... Muszę myśleć teraz o niej... Być może zbyt długo myślałam tylko o sobie... Lecz czy to grzech, gdy było mi z tym wspaniale... Nikt nie powinien być okradzony z własnych potrzeb i pragnień w myśl tzw. “normalnego toku życia, akceptowanego przez większość społeczeństwa”. Ja się poddałam tej idei tworzenia rodziny. Jednak uważam, że mimo wszystko zbyt szybko i nie czuję się z tym dobrze, wręcz odruch wymiotny towarzyszy mi z każdym wschodem słońca... Mam nadzieję, że to minie i znajdę spokój ducha...
