środa, 18 listopada 2009

Bezsenność...

Dwie i pół godziny snu, multum wypalonych papierosów, przeczytane 22 strony książki (która de facto już dawno powinna być skończona), dziesiątki łez, tysiąc cztery myśli, milion wspomnień i jeszcze więcej tęsknot - tak wyglądała moja dzisiejsza noc. Dwie puszki wypitego wcześniej piwa nie ułatwiły spokojnego, głębokiego i szybkiego uśnięcia. W ogóle nie jestem zmęczona, ani trochę. Popijam właśnie kawę, która ma za zadanie ułatwić mi dzisiejszy początek dnia w pracy ;).
Ostatnie dni nie nastrajały mnie zbyt pozytywnie, ciągły nerw, ciągłe smutki. Dzisiejsza noc być może okaże się lekkim przełomem w moim życiu. Celowo podkreślam, że lekkim, bo tak do końca nigdy nic nie wiadomo.
Zawsze po jakichkolwiek gniewach, kłótniach itp. następowała litania rzeczy "do poprawienia", litania sposobów "do naprawienia". Zawsze w myślach układałam plan podbudowania tego co poniekąd runęło, lub tylko obszczerbiło. A dziś nic... zupełnie nic... i tak zostanie. Nic nie będę robić, bo:
po 1 - okropnie mi się nie chce,
po 2 - po co, jak i tak grochem o ścianę,
po 3 - znudziło mi się,
po 4 - gdy coś nie wychodzi, lepiej zostawić i nic na siłę,
po 5 - są bardziej interesujące i piękniejsze rzeczy do zrobienia.
Sad but true... Co ma być to będzie, więcej ręki do tego nie przyłożę.
I jakoś mi dziś lżej z tym wszystkim... Jeszcze tylko z szafy wyciągnę dawno zapomniany uśmiech i będzie dobrze. I co z tego, że jesień i zaraz zima, skoro w domu i tak już od dawna te pory goszczą i wynieść jak na razie się nie zamierzają.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Wyluzuj...

Ostatnio często słyszę to od najbliższych, sama też wiem, że jeśli nie osiągnę spokoju ducha to nie będzie dobrze. Staram się jak mogę, staram się nie myśleć, lecz jakoś nie wychodzi... Gdy tylko nie mam zajęcia, gdy nie przykuję na czymś uwagi, myśli zaraz kłębią się w mej głowie. Choć może odwrotnie, one wciąż są, tylko podczas bezczynności się uaktywniają. I niby wszystko jest ok. Dobrze układają się moje relacje z otoczeniem, jednak coś jest nie tak... Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć. Wiem jedno, że albo mam świetne przeczucie, albo paranoję. Myśli moje w sumie dotyczą wciąż tych samych spraw. Szukając pocieszenia u kumpelek, tłumacząc im co się ze mną dzieje, usłyszałam by tego nie bagatelizować. Znają mnie nie od dziś, wobec tego jak stwierdziły - przeczucie rzadko mnie zawodziło i prędzej czy później wychodziło na jaw to, o czym myślałam, co przeczuwałam. Niby zero oznak w życiu codziennym, niby wszystko ok, ale po pewnym czasie wychodziło szydło z worka. I tego bardzo się boję, że jednak moje myślenie nie jest bezpodstawne. I teraz tak naprawdę tylko czekam, aż potwierdzi się to, co powiedziały kumpele. Doprowadza mnie to do szału.
Sama szukać potwierdzeń i dowodów nie będę, to nie ja, tak nie umiem. Modlę się tylko by nie było za późno...

Kolejną kwestią, która mi się nie podoba to to, iż w niektórych sytuacjach robię rzeczy, podejmuję kroki, których nie powinnam. Nie to, żebym żałowała, że je powzięłam, jednak w głębi czuję, że nie powinnam. Cały obecny mój związek opiera się na tym, że to ja wyszłam z inicjatywą poważnych kroków w związku. Tak nawet zaczął się on tworzyć, niecierpliwość i wpływ całokształtu wydarzeń w tamtym okresie pchnął mnie do pierwszego kroku, by stworzyć relację z moim obecnym Ptyśkiem. To ja pierwsza zaczęłam rozmowę na temat bycia razem ze sobą. Kolejnym krokiem zbyt poważnym była decyzja o wspólnym zamieszkaniu. też ja wyszłam z tą inicjatywą. Niby fakt faktem, chcieliśmy tego oboje, jednak to ja zainicjowałam.
Podczas jednej z ostatnich "rozmów" (bardziej kłótni i czepiania się na wzajem) to ja zaczęłam rozmowę na temat zalegalizowania naszego związku. Męczy mnie to bardzo... Czy to wina mojego charakteru? Jestem zbyt niecierpliwa, zbyt bezpośrednia. I wciąż to poczucie naciskania z mojej strony. To nie tak być powinno...