niedziela, 10 października 2010

Wzgórki, pagróki, doliny...

Co dzień inaczej... Ranek zaczynam od chandry i złości lub całkiem skrajnie inaczej. Hormony buzują a mały potworek rośnie wprost proporcjnalnie do mojego strachu. Staram się przyzwyczaić, ale mimo , iż upłynęło tyle czasu, zwyczajnie jest mi trudno. Zamknęłam się w sobie i nie potrafię przebić tego muru, który coraz grubszymi warstwami rośnie wokół mnie. Nie dopuszczam do siebie myśli, że wszystko jest dobrze i tak jak być powinno, że taka kolej rzeczy itp. Są dni, kiedy wprost nie mogę się doczekać, aż to małe coś zamieszka już poza moim ciałem, lecz szybko tą myśl zastępuje strach o przyszłość.
Pan P. wkurza mnie niesamowicie. Nie czuje psychicznego wsparcia od niego. Większość czasu woli spędzać przy elektronice. Ok, rozumiem, że to jego pasja itp., ale ja jak nigdy dotąd potrzebuje silnego ramienia. Wiem i doceniam wielką u niego cierpliwość i zrozumienie. Może gdyby nie niedawne nieporozumienia i utrata zaufania, byłabym najszczęśliwszą przyszłą mamą we wszechświecie. A tak, teraz wszędzie czuję zagrożenie, strach i gniew. Nie umiem sobie sama z tym poradzić. Całe szczęście, że jest jeszcze Ktoś :) Ktoś mnie rozumie, wspiera i pociesza. Podsuwa swoje silne ramię, gdy brak mi mojego P.