poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Kiedy nie ma Ciebie,
Smutno płynie czas.
Nie ma gwiazd na niebie,
Nawet księżyc zgasł,
Ciągle pada deszcz,
Wolniej krąży ziemia,
Płaczą gałęzie drzew.
Kiedy Ciebie nie ma,
Smutek pada cieniem
Na pola i lasy.
Kiedy nie ma Ciebie,
Nie ma Twoich słów,
Tylko są marzenia.
Kiedy ujrzę Cię znów?

czwartek, 27 sierpnia 2009

Cierpienie wymaga więcej odwagi niż śmierć

"Nigdy nie jesteśmy tak bardzo bezbronni wobec cierpienia jak wtedy, gdy kochamy."
--- Zygmunt Freud



Cierpienie jest nieodłącznym elementem ludzkiego istnienia. Towarzyszy nam od zarania dziejów. Dla każdego z osobna ma jednak inny wymiar. Tak jak każde uczucie, cierpienie jest postrzegane przez różne pryzmaty, a związane jest to zapewne z indywidualnymi doznaniami, potrzebami, odpornością zarówno psychiczną jak i fizyczną. Tak się życie potoczyło, że z cierpieniem spotykam się na każdym kroku, każdego dnia w roku. Bliska mi osoba jest chora na raka mózgu. W chwili obecnej przebywa razem z nami w domu, tak więc dzień w dzień mam z nią styczność. Czy cierpi? Tego nie wiem, miewa bóle, ale to normalne w takim stadium choroby (leczenie zakończone, wyrok zapadł, reszta to kwestia czasu, w cuda niestety nie wierzę). Wiem jedno, cierpią psychicznie jej najbliżsi. Najbardziej mąż, który dniami i nocami siedzi przy niej, głaszcząc, doglądając, ofiarując swą opiekę, aczkolwiek na wielu płaszczyznach przesadzoną. Nie można go za to winić, jednakże denerwujące jest to i w pewnych momentach wręcz żałosne. Codziennie wstając rano, patrząc na jego twarz w mig powraca myśl, że tu w domu z dnia na dzień gaśnie światełko. Jestem w stanie zrozumieć wiele, być odporną na przeróżne okoliczności. Czasami mam wrażenie, że jestem uważana za osobę, którą w ogóle nie obchodzi stan rzeczy jaki jest obecnie w domu. Cóż... wiem swoje... To jak ja to przeżywam, jak ja to czuję wiem sama i nikt nigdy tak naprawdę nie będzie miał zielonego o tym pojęcia. Czasami wręcz wydaje mi się, ze jednak jestem mniej odporna... nie potrafię posiedzieć dłużej i potrzymać za rękę, gdyż zaraz w głowie tworzą mi się obrazy z przeszłości, w których wszystko jest jeszcze ok. Momentami ogarnia mnie straszny gniew w stosunku do chorej, momentami nie mając żadnego punktu zaczepienia obwiniam ją za to że leży i umiera. Wiem, że z mojej strony wychodzi tu egoizm, ale niestety też bym chciała by było dobrze, chciałabym mieć normalną kompletną i zdrową rodzinę. Zamiast tego rodzinny świat się rozpada... nie potrafię tego ogarnąć, dzieje się wszystko za szybko... Zdaję sobie sprawę z tego, że pewnego dnia Ona odejdzie i tak naprawdę nie potrafię sobie wyobrazić, co będzie dalej... Gdy o tym myślę widzę czarną przestrzeń, żadnego obrazu. Tak naprawdę wraz z jej chorobą i wyrokiem, jaki podali nam lekarze, runęły moje wszelkie marzenia o przyszłości. To boli, to tak jakbym straciła osobowość, jakby ktoś zabrał mi to co tak naprawdę było tylko moje... Jednakże, gdybym miała szansę zamiany tego co jest teraz na coś lepszego, mniej strasznego... nigdy bym tego nie zrobiła, no chyba że kartą przetargową miało by być zdrowie to na pewno za wszelką cenę, bym je podarowała. Nie jest mi źle z tym, że muszę się opiekować chorą, pielęgnować, doglądać. Nie jestem zła za nieprzespane noce, pobudki, stres, i ciągły strach, że przestanie oddychać. Po prostu najzwyczajniej w świecie nie chcę stracić jedynej przyjaciółki a zarazem matki... Wolałabym sama cierpieć niż patrzeć jak cierpi ktoś inny. Ból jest nie do zniesienia, rozrywa serce, ale nie poddaję się choć wierzyć przestałam, a nadzieja dawno odeszła. Kocham Cię ogromnie, choć nigdy Ci tego nie powiedziałam i już nie zdążę byś to usłyszała i zrozumiała... Przepraszam....

wtorek, 25 sierpnia 2009

A gdyby choć raz
dać się porwać przez wiatr
żeby poniósł daleko
gdzie nie kończy się świat

A gdyby choć raz
nie pozwolić by gniew
w życiu wciąż trwał
i wyżerał jego blask

A gdyby choć raz
taką odwagę mieć
by temu co rani
umieć powiedzieć nie

A żeby choć raz
umieć sprawić tak
by to co tylko na raz
zostało już na zawsze

Droga do zatracenia...

Dzieciństwo, szkoła, studia, praca, ślub, rodzina, dom, wnuki, emerytura...
Z takim porządkiem zgadza się większość ludzi. Całe życie dążymy do czegoś, co nie koniecznie jest naszym pragnieniem. Często jest tak, iż kierując się pewną hierarchią w życiu, zatracamy się, goniąc za tym "co mieć się powinno" gubiąc po drodze marzenia, które zostały odłożone na dno całej machiny zwanej "życiem uporządkowanym". Wyznacznikiem takiego życia jest umiejętne zdobywanie wiedzy, znalezienie dobrze płatnej (niekoniecznie satysfakcjonującej) pracy, awans itp. itd. Prawdziwe uczucia są odkładane na bok, gdyż aby się nimi zając "trzeba najpierw" osiągnąć to i to... Czy nie jest to pewna forma oszukiwania siebie, forma życia spętanego? Dlaczego tak ciężko jest pozamieniać pewne "priorytety"? Dlaczego nie można przemóc się i zacząć żyć prawdziwie, zgodnie z własnymi potrzebami? Skoro o potrzebach mowa, to jedyną ostatnio zauważalną ludzką potrzebą są pieniądze. Mamona - bóg maluczkich - rozpościera wokół siebie pewien fetor. Bo jak można nie mówić o smrodzie, ciągnącym się za ludźmi żądnymi srebrników, zdolnych na wszystko byle by tylko mieć więcej, byle by tylko mieć lepiej... kosztem rodziny, przyjaźni, miłości a przede wszystkim kosztem siebie. Sprzedając się na każdym kroku, udając kogoś kim nie są... ludzie sukcesu? Nie. To głupcy zaprzedający swą duszę papierkowi. Kimże jest więc taki człowiek? Jest nim pracodawca wykorzystujący swoich podwładnych, wykorzystujący ciężką sytuację ekonomiczną na rynku, zgarniający coraz więcej dobrodziejstw kosztem nic według niego nie znaczących roboli. Są nimi rodzice goniący za sukcesem, nie dostrzegający, że mają dzieci, często cierpiące na samotność, brak poczucia ciepła, przyszli samobójcy, niespełnieni, z brakiem możliwości i umiejętności przekazywania miłości swojemu potomstwu. Jest nim dziewczyna sprzedająca się na rogu... By żyło się lepiej, godniej? Bzdura, jedynie w celu zaspokojenia swoich egoistycznych, zbyt kosztownych potrzeb. Długo by wymieniać... I rzygać się chce, gdy już po osiągnięciu pewnych zamierzonych konsumpcyjnych etapów w życiu dopiero znajdujesz czas i pieniądze na miłość, dom, ciepło, rodzinę. To fałsz i obłuda... to po prostu nasze życie... moje.. i twoje... i jego... Wszechobecne gówno, którego smród dostrzega jedynie ten co patrzy duszą, inni go nie czują, inni uznają że ciągnie się on za Tobą...

piątek, 21 sierpnia 2009

Nie zostawiaj mnie,
Nie zostawiaj mnie, bo...
Czarne smutne niebo, pusto jest i źle,
Nie zostawiaj mnie, ja tak dobrze znam to,
Czarne nocne auto, gdzieś daleko mknie.

Nie zostawiaj mnie...

Ty nie wiesz, jak trudno pustym miastem iść,
Z dalekich komet czapkę szyć,
Jesiennym wiatrem gnanym być,
Przepraszam, za naszych pól bitewnych kurz,
Za słowa tnące tak,jak nóż,
Za kilka tych jesiennych burz,
Dorosłem już...

Nie zostawiaj mnie,
Długą krętą drogą,
Szedłem do nikogo, aż spotkałem Cię,
Nie zostawiaj mnie...
Podaj mi swą rękę,
Śpiewam Ci piosenkę, tego tylko chcę,

Nie zostawiaj mnie...


Ty nie wiesz, jak trudno pustym miastem iść,
Z dalekich komet czapkę szyć,
Jesiennym wiatrem gnanym być,
Przepraszam, za naszych pól bitewnych kurz,
Za słowa tnące tak, jak nóż,
Za kilka tych jesiennych burz...

Dorosłem już...

http://www.tekstowo.pl/piosenka,dirty_track,nie_zostawiaj_mnie.html

czwartek, 20 sierpnia 2009

Po burzy zawsze wychodzi słońce???



Gdy emocje już opadną, jak po wielkiej bitwie kurz…
Gdy nie można mocą żadną wykrzyczanych cofnąć słów…


Kolejna burza, kolejne rozczarowania, pęknięte serce i morze łez. Choć tym razem w jej trakcie zachowałam spokój, nie unosiłam się, nie kierowałam się emocjami, to jednak już po wszystkim fala moich emocji przybrała na sile. Mimo, iż spór załagodzony, jednak coś pękło. Staram się nie myśleć o usłyszanych słowach, ale one powracają i z każdą chwilą bolą coraz bardziej. Długo nie zapomnę „zrywam z Tobą tym razem na dobre. Psuj nerwy komuś innemu. Powodzenia”. Nawet jak to piszę to smutek mnie ogarnia niesamowity. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy jak można kogoś zranić wypowiadając podobne kwestie, mimo iż do nie dawna bardzo często zdarzało mi się je wykrzyczeć w złości. Po którejś z kolei kłótni nauczyłam się pohamowywać i obiecałam sobie że NIGDY bez zastanowienia nie będę ranić w ten sposób. Niestety sama przekonałam się jak to smakuje… gorycz przy tym jest jak nektar.

Kolejne „Nigdy więcej takich kłótni”… na długo to starczy? Czy „Przepraszam” spełnia swoją rolę??? Kiedyś może i tak, teraz coraz częściej nie można wybaczyć (mimo, że całym sercem się chce)… coraz trudniej zapomnieć. Ale staram się wierzyć, że czas leczy rany… Staram się, bo kocham ogromnie, jednakże na jak długo starczy tej wiary? Wiem, że teraz słowo „Kocham” nie ma już takiego znaczenia jak przedtem. W chwili obecnej słysząc to jedyne co mi na myśl przychodzi, włącza się jak automat to to, że jednak mogło to wszystko być zburzone… jeśli już po malutkiej części tak się nie dzieje.


Jednak wierze że to minie, wszystko powróci do normy. Zawsze w takich momentach w głowie mam jeden tekst:

Okręt mój płynie dalej… gdzieś tam
Serce choć popękane… chce bić…

W pogoni za szczęściem...

Odnosząc się do tego, co napisał Ptysiek. Czy powrót do rzeczywistości jest Az tak beznadziejny? Może właśnie w takich momentach najzwyklejszych, trudach życia codziennego dopiero dostrzegamy to, co nas cieszy, co podnosi na duchu. Wyjeżdżając na urlop wiele oczekiwałam od tego całego odłączenia od reszty świata. Oczekiwałam fajerwerków, uniesień itp. Co dziwne… zaczęłam wszystko to odczuwać dopiero po powrocie. Wbrew wszystkiemu, wszelkim nadziejom … dostrzegam a wszystko po przyjeździe. Urlop niby spędzony miał być spokojnie ale szczerze rzecz biorąc w ogóle nie odpoczęłam, wciąż problemy powracały… mam nadziej e tylko ze kiedyś uda mi się odpocząć tak jak chce … bez pospiechu, bez konieczności pokazania komuś tego co piękne, warte do obejrzenia… Chciałabym znaleźć czas by być po prostu sobą

czwartek, 13 sierpnia 2009

Jak co miesiąc kupiłam swoją ulubioną gazetę... kulinarną ;) Tylko tym razem coś jest inaczej...Tym razem wertepując treść nie czuję tego co miesiąc temu, inne towarzyszą okoliczności. Poprzednio był Ptysiek u boku, gdyż akurat urlopowaliśmy w górach. Po długim dniu oboje wyciągaliśmy się na łóżku, każdy ze swoją gazetą i czytaliśmy... każdy swoją i musiał być wzajemny kontakt - choćby ręką, stopą... po prostu robiliśmy to razem. Czy tak będzie już zawsze? Co miesiąc będzie brakowało mi tych momentów, gdy czytając z Nim prasę, przytulając się czy zasypiając czułam się cudownie? Zadziwiające jest to jak szybko się przyzwyczajam i kojarzę najróżniejsze czynności z jego osobą. Dotychczas wykonywane najnormalniejsze czynności tracą sens, gdy przy któryś był On, a teraz nie ma. I to nie w sensie że go nie ma już na zawsze, tylko właśnie przy tych najróżniejszych błahostkach. Aż strach mnie ogarnia na myśl, co by było gdybyśmy się rozstali. Czy w sytuacji, gdy któreś z nas będzie miało dość bycia w tym związku, czy jedynym „za” ciągnięciem tego dalej będzie myśl, że już wszystko to co RAZEM będzie OSOBNO? Czy tak się postrzega miłość czy jest to po prostu przyzwyczajenie?



W chwili przypływu tęsknoty i pragnienia podzielenia się swoimi odczuciami, wysłałam powyższy tekst do Miśka, na który on odpowiedział mi jak poniżej ;)


Tak Skarbie, będę zawsze przy tobie blisko. Jak nie ciałem to duszą…. Bo tylko z Tobą jestem szczęśliwy, o nikogo się nie martwię i na nikim mi tak nie zależało i nie zależy jak na Tobie Kochanie.
A widzisz górki nas jednak bardziej zbliżyły :) Takie przebywanie z Tobą Skarbie to coś wspaniałego… Niestety teraz wróciliśmy do szarej Nidzicy, znowu praca i już nie ma tyle czasu dla siebie niestety :(...
To normalne że masz teraz takie dziwne uczucia, ale nie masz się Kwiatuszku czym przejmować. Już ponad rok czasu jesteśmy ze sobą a mi ciągle Ciebie mało! Nigdy nie będę miał Ciebie dosyć :*
Zawsze będę upajał się każdą chwilą spędzaną z Tobą i pragnął JESZCZE!!! Nie dlatego że się przyzwyczaiłem tylko to uwielbiam, Ciebie ubóstwiam, za Tobą przepadam, po prostu OGROMNIE KOCHAM i nie zamierzam nigdy przestać!!! Będę Cię zaskakiwał do końca naszych dni Myszko, już zawsze na zawsze będę przy Tobie!!!:*


I jak tu Go nie kochać ;*

środa, 12 sierpnia 2009

Od roku i 2 miesięcy mogę powiedzieć że jestem... szczęśliwa??? Ciężko określić człowieka jako szczęśliwego lub nie, gdy radosne chwile i przeżycia czerpie tylko z jednego źródła podczas gdy wszelkie pozostałe aspekty życia zostają osnute żalem, cierpieniem i gniewem. Rozpoczęłam pewien etap w swoim życiu... związałam się oficjalnie z pewną osóbką, którą z dnia na dzień potrzebuję coraz bardziej, którą z dnia na dzień kocham coraz mocniej. Pomimo, iż znaliśmy się i spotykaliśmy już wcześniej, gdy ktoś zapytał mnie o relacje z Nim zawsze kategorycznie odpowiadałam „Nie to nie jest mój chłopak... Nie, nie jesteśmy razem”. Dlaczego negowałam coś, co dla otoczenia wydawało się oczywiste? Strach przed nowym związkiem, strach przed tym, iż znów mogę się do kogoś przyzwyczaić, kogoś pokochać? Tak naprawdę w głębi serca pragnęłam być z kimś... mieć kogoś przy sobie do kogo mogłabym się przytulić, z kim mogłabym spędzać wieczory itp. itd. W rzeczywistości jestem osobą, która nie potrafi samotnie iść przez życie, zawsze odczuwam silną potrzebę bycia z kimś. Nie jestem typem samotnika... wręcz przeciwnie – samotność mnie męczy i przeraża tym, że zostanie na zawsze. Z drugiej strony doskonale zdaję sobie sprawę że takie myślenie i sposób bycia może negatywnie odbić się na drugiej osobie. Wiem, że to co odczuwam, czego potrzebuję jest jedynie przejawem egoizmu. Więc dlaczego było mi ciężko postawić sprawę jasno i na każde wspomniane wyżej pytanie odpowiedzieć po prostu „Tak”. Otóż gdy poznałam Moje Szczęście, w głębi serca wiedziałam iż jest on dobrym i wrażliwym człowiekiem. Dziwne ale nie znając Go nigdy wcześniej, takie właśnie wrażenie odnosiłam, a w związku z tym za nic w świecie nie chciałam go w żaden sposób skrzywdzić. Nigdy wcześniej nie zwracałam na to uwagi, tj. nie brałam pod uwagę uczuć osoby, która była blisko. A tu pojawił się ktoś nowy, nieznany i od razu taki niespodziewany zwrot w toku myślenia. Nie wiem skąd to się wzięło... przyszło, zostało i wciąż jest. Wciąż nie chcę by Moje Szczęście było nieszczęśliwe, nie chcę jego krzywdy. Nigdy wcześniej nie czułam niczego podobnego, pomimo że byłam z kimś wcześniej bardzo bardzo długo, nigdy nie patrzyłam na Niego tak jak teraz na to Moje Szczęście.

Wraz z nową miłością nie wyzbyłam się tego, co zawsze było moją zmorą – brak zaufania i wiary że będzie dobrze. Ciągle boję się że coś pójdzie nie tak... że się rozsypie ta moja bajka.

Człowiek ten zmienił bardzo dużo w moim życiu, przez tak krótki okres czasu dokonał istnej rewolucji. Dzięki niemu tak naprawdę poznaję co znaczy współistnieć z drugim człowiekiem co znaczy wspólnie spędzona chwila, nawet w milczeniu, spokoju. Wyciszyłam się przy Nim, sprawił że cieszy mnie każda błahostka, na którą do tej pory nie zwracałam uwagi. Na początku strasznie (okropnie!!!) denerwowało mnie to, że On jest taki cichy, małomówny, że potrafi tylko patrzeć nie wypowiadając przy tym ani słowa. Teraz wiem, że by być z kimś szczęśliwym nie trzeba wciąż być przekonywanym werbalnie o uwielbieniu, kochaniu itp. Wystarczy gest, spojrzenie i wiesz że to właśnie to co najlepszego mogło cię spotykać w życiu...

Zastanawiam się jak długo będzie trwało przy mnie to Moje Szczęście... Czy zostanie na dłużej czy odejdzie jak inne... Pierwszy raz w życiu chcę by to co jest teraz się nie skończyło... Mimo, iż jest to całkiem coś innego niż chciałam, mimo że wbrew mojemu usposobieniu brnę w to dalej... Jednak CHCĘ... bardzo chcę by po prostu BYŁ nadal, dalej taki jaki jest. Bez niego nawet popcorn nie smakuje tak samo ;)

Nadzieja

Nadzieja ma skrzydła, przysiada w duszy i śpiewa pieśń bez słów, która nigdy nie ustaje, a jej najsłodsze dźwięki słychać nawet podczas wichury.

Emily Dickinson

Nadzieja jest wszechobecna w moim życiu, zresztą nie tylko w moim, większość ludzi, nie mając do wyboru już jakichkolwiek opcji w geście rozpaczy i bezradności kurczowo chwytają się nadziei.

Całe moje dotychczasowe istnienie opiera się właśnie na Niej. Nie wyobrażam sobie mojej egzystencji bez Jej obecności przy mnie. Nadzieje są większe... mniejsze ale zawsze SĄ. Już budząc się rano słyszę jak bezszelestnie wychodzi spod łóżka, zagląda w oczy i daje siłę by wstać... stwarza pozory tylko po to by zaliczyć kolejny dzień z Nią u boku. Mam nadzieję, że dzień będzie udany, że wszystko ok pójdzie mi w pracy, że nikt nie kupił tych spodni które tak bardzo chcę mieć i czekam na wypłatę itp. itd. Zawsze przez głowę przewija się myśl "mam nadzieję że...". Gdy umrze jedna zaraz pojawia się w jej miejsce kolejna, która poniekąd próbuje wypełnić pustkę po swej poprzedniczce. Jedne zostają dłużej inne krócej.

Zadawałam sobie pytanie, czy to nie jest życie ze złudzeniami??? Jednakże gdy pomyślę że Nadziei miałoby nie być, nie dałabym rady iść przez to życie. I mimo, że uciekanie się do Niej jest najprostsze, nie potrafię bez niej istnieć. Być może to jest właśnie mój Bóg, coś bez czego życie nie ma sensu, deska ratunku, ofiara na którą można zrzucić wszystkie żale za niepowodzenia. W tym właśnie przejawia się mój egoizm. Jest mi Ona najwierniejsza, nie skarży się, nie kłóci, jest cierpliwa i nie narzuca mi swej woli.

I mimo wszystko, że więcej nadziei odchodzi niespełnionych zawsze trzymam się kurczowo tej która została, lub nowej, która szybko przyszła po poprzedniej. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i stwierdzić, że poniekąd żyjąc w ten sposób oszukuję sama siebie... Nie jest tak, że usiądę i czekam aż nadzieja się spełni, biorę sprawy w swoje ręce lecz w przypływie bezradności Nadzieja jest tym, co utrzymuje mnie przy zdrowych zmysłach. Smutne jest to, że niestety życie moje jest prawdziwym cmentarzem nadziei...

Ostatnimi czasy myśli kotłują mi się w głowie niczym mrówki w mrowisku... postanowiłam zacząć je spisywać. Dlaczego w formie bloga? Tego wytłumaczyć nie potrafię. Ot tak strzelił mi ten pomysł do głowy więc oto jestem...

Myśli tu przelane będą formą rozliczenia samej siebie z dotychczasowym moim postępowaniem, nieracjonalnym zachowaniem i wszystkimi innymi pomyłkami, które popełniłam w życiu.

Ciężko zacząć... nie wiem od czego (najlepiej od początku ale spisanie 26 lat życia nie jest najłatwiejszym wyczynem) więc najprościej zacznę od dziś... teraz i tu co się dzieje. Momentami na bank będę wracała do przeszłości bo akurat mnie natchnie, bo coś się przypomni...

Jak to wszyscy wiedzą kobieta zmienną jest więc i moje posty, notki (jak zwał tak zwał) będą na pewno radykalnie różniły się jedne od drugich... Cóż będę po prostu pisać co mi na głowie siedzi (bez skojarzeń żadnych zwierzątek i potworów nie hoduje we włosach ;)).

W chwili obecnej jest tego tyle że częstotliwość moich postów będzie zadziwiająca... No cóż ... trzeba się tego wszystkiego jak najszybciej pozbyć i przelać na bloga.

Nikomu ze znajomych nie zdradziłam gdzie będzie znajdował się mój blog. Powód jest prosty. Gdybym chciała by wiedzieli wszystko co się dzieje w mojej duszy nie zakładałabym tego tylko wyżaliła im się w oczy. Ale tak jest łatwiej. Jeśli ktoś kiedyś znajomy natknie się tu na mnie... trudno...

Nie żebym była zakłamaną i nieszczerą osobą, która nie potrafi mówić innym otwarcie co ją boli, ale być ocenianym przez obce osoby jest prościej - wiadomo... Pomimo, iż jestem na pozór otwartą osobą, gniecie mnie mnóstwo przeróżnych kwestii, których nie jestem po prostu w stanie opowiedzieć od tak sobie komuś kto akurat znajduje się obok.

Można pomyśleć że wokół mnie nie mam zaufanej osoby, z którą mogę otwarcie porozmawiać. Otóż nie... jest kilka osób, które są dla mnie podporą we wszystkim, ale... każdy ma swoje życie... problemy. Moje pojawiają się akurat wtedy gdy nie powinny... Tak los chce że w momencie gdy świat mi się wali, moja przyjaciółka ma załamanie nerwowe, moje Szczęście tysiąc spraw do załatwienia na wczoraj. Tak więc ja pocieszam przyjaciółke wspieram Szczęście, swoje problemy odkładam na bok. Czasami życie problemami innych sprawia, że nie myśli się o swoich. Jednak nie na długo... one wciąż wracają... z jeszcze większą siłą uderzają... Więc jak coś się pojawi na horyzoncie szybko się wyżalę tutaj ;)

Nie no nie tylko smuty będę umieszczać... wesołych spraw jest także miliony więc również nimi będę się dzieliła.

Parę słów o mnie??? Cóż może wyjdzie "w praniu". Nie lubię opisywać siebie swego usposobienia. Tak naprawdę sama nie wiem jaka jestem... Blog może mi pomóc stwierdzić jak to ze mną jest naprawdę.

Z zewnątrz postrzegana jestem jako babka mająca ADHD (podwójne!!!), twardo stąpająca po ziemi, mająca twardy charakter i swoje zasady. No cóż tak się wykreowałam bo tak mi jest łatwiej żyć na tym dziwnym świecie. To co się dzieje we mnie... to już troszkę odbiega od tego jak mnie widzą inni. Ale tylko troszkę...