niedziela, 10 października 2010

Wzgórki, pagróki, doliny...

Co dzień inaczej... Ranek zaczynam od chandry i złości lub całkiem skrajnie inaczej. Hormony buzują a mały potworek rośnie wprost proporcjnalnie do mojego strachu. Staram się przyzwyczaić, ale mimo , iż upłynęło tyle czasu, zwyczajnie jest mi trudno. Zamknęłam się w sobie i nie potrafię przebić tego muru, który coraz grubszymi warstwami rośnie wokół mnie. Nie dopuszczam do siebie myśli, że wszystko jest dobrze i tak jak być powinno, że taka kolej rzeczy itp. Są dni, kiedy wprost nie mogę się doczekać, aż to małe coś zamieszka już poza moim ciałem, lecz szybko tą myśl zastępuje strach o przyszłość.
Pan P. wkurza mnie niesamowicie. Nie czuje psychicznego wsparcia od niego. Większość czasu woli spędzać przy elektronice. Ok, rozumiem, że to jego pasja itp., ale ja jak nigdy dotąd potrzebuje silnego ramienia. Wiem i doceniam wielką u niego cierpliwość i zrozumienie. Może gdyby nie niedawne nieporozumienia i utrata zaufania, byłabym najszczęśliwszą przyszłą mamą we wszechświecie. A tak, teraz wszędzie czuję zagrożenie, strach i gniew. Nie umiem sobie sama z tym poradzić. Całe szczęście, że jest jeszcze Ktoś :) Ktoś mnie rozumie, wspiera i pociesza. Podsuwa swoje silne ramię, gdy brak mi mojego P. 

piątek, 17 września 2010

Mimo wszystko to czasami wbrew wszystkiemu czym jesteś lub chciałeś być...

Wydarzyło się bardzo dużo... niestety z większości pamiętam tylko to czego zazwyczaj wspominać się nie chce...
Ciągłe odejścia i powroty, zachwianie równowagi, nieracjonalne argumenty, pocieszanie, szukanie skuteczniejszej, acz nie koniecznie właściwej siły perswazji... Nie chcę o tym wspominać, lecz to ciągle powraca, na nowo przeżywam coś, przez co odechciewało się wstawać rano z łóża. Zastanawiam się skąd jednak w nas tyle siły i uporu, by to co się zamierzało doprowadzić do końca. A jednak udało się, mimo wszystko.
Nie potrafię określić swego stanu ducha. Nie wiem czy jestem szczęśliwa, czy po prostu pogodziłam się z tym, co teraz nieuniknione. Ale boli bardzo myśl, że jednak może to tak wcale nie miało być. Denerwuję się często, gdy pomyślę o przyszłości, gdyż wyobrażalnie miała być nieco odmienna, nie tak poukładana od samego początku nowej drogi życia. Niektórzy mogli by nazwać mnie wręcz głupią osobą, która nie czerpie satysfakcji ze stabilnego podłoża, po którym obecnie idzie jej los. Jednakże ja też miałam swoje marzenia i zachcianki, które były dla mnie ważnym punktem odniesienia w życiu. Czy nie mam prawa pójść tak jak chcę, bez narażania się na komentarze zwykłych szarych ludzi, którym do szczęścia potrzebna jedynie obrączka i duży brzuch? Przykre, lecz w takim najbliższym otoczeniu przyszło mi żyć. Czuję, że się duszę lecz nic nie mogę teraz zmienić, gdyż zawsze ze mną jest jeszcze mała istota, która właśnie pokrzyżowała mi wszystkie moje marzenia... Muszę myśleć teraz o niej... Być może zbyt długo myślałam tylko o sobie... Lecz czy to grzech, gdy było mi z tym wspaniale... Nikt nie powinien być okradzony z własnych potrzeb i pragnień w myśl tzw. “normalnego toku życia, akceptowanego przez większość społeczeństwa”. Ja się poddałam tej idei tworzenia rodziny. Jednak uważam, że mimo wszystko zbyt szybko i nie czuję się z tym dobrze, wręcz odruch wymiotny towarzyszy mi z każdym wschodem słońca... Mam nadzieję, że to minie i znajdę spokój ducha...

piątek, 11 grudnia 2009

Miłość to nie tylko motyle, kolorowa tęcza, szybsze bicie serca i blask szczęścia w oku. Miłość to też cierpienie, ból, łzy i czasami bezradność. Na niektóre sytuacje nie mamy wpływu, przychodzą znikąd i psują to co budowało się przez długi czas. Za niektóre "potyczki miłosne" odpowiedzialni jesteśmy sami...
Nie do końca zrozumiałe jest to jak z minuty na minutę nasze życie może ulec zmianie, jak łatwo jest stracić drugą połówkę, przed chwilą tak kochaną a po chwili znienawidzoną. Po pewnym czasie emocje opadają, nadchodzi żal za to co powiedzieliśmy, zrobiliśmy. Często nie ma już odwrotu i traci się coś cennego na zawsze.
Podobno, jednak, najlepiej jest ochłonąć i na "trzeźwo" rozpatrzeć problem, bez podejmowania radykalnych kroków w chwili wzburzenia. Dlatego poniekąd cieszę się, że mimo wszystko, potrafimy rozwiązać problem prawie że natychmiast, po chwili milczenia, krzyków, nadchodzi spokój... Inna rzecz się ma w sytuacji, gdy nawet chcemy pogodzenia to żadne z nas nie chce pierwsze uczynić gestu pojednania lub każde upiera się przy swoim i tłumaczy się, że to nie on/ona jest winne wszystkiemu. Zaczyna się swego rodzaju gra, jak ty nic nie zrobisz ja udowodnię Ci, że ja też wytrzymam. I tak bierze się na przetrzymanie, jedno drugiego. Jaki jest tego skutek??? Niewątpliwie utrata zaufania do drugiej strony, niewątpliwie pomimo wszystko jakiś ułamek uczucia znika bezpowrotnie. Taka gra jest gorsza od samej kłótni. Nie bardzo wiadomo jak się zachować, odezwać się, czy nie. No pewnie, że nie bo tamta osoba też się nie odzywa ... i taka dziecinada potrafi trwać dłuższy czas. I tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawę, jak związek i relacje uczuciowe zmieniają się na gorsze. Bo czasami samo milczenie wywołuje cierpienie. Sama świadomość tego, że gra się z czyimiś uczuciami nie zawsze jest jasna, ale niestety tak jest. To nie jest gra dwojga ludzi. To jest gra ich uczuć, wytrzymałości i upartości. Nawet gdy potem dojdzie do zgody, nie wszystko jest takie samo, jak było. Jakiś cień w sercu zostaje. Nawet gdy w takich chwilach mam ochotę podejść, przeprosić, przytulić, to coś mnie powstrzymuje... Najgorsze jest to że z każdą kłótnią ten opór jest coraz większy. I być może kiedyś zostanie na zawsze, powstrzymywać będzie mimo wszystko. No cóż, takie jest życie, takie są relacje, taka jest miłość??? Miałam nieco odmienne o niej wyobrażenie...

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Dzieje się...

Oj tak, i to dużo się dzieje ostatnimi czasy. Ale od początku.
Po ostatniej kłótni z Ptyśkiem, oboje powiedzieliśmy sobie dość. Kolejna deklaracja wyprowadzki z jego strony przelała szalę. Powiedziałam sobie, że tym razem nie będę go zatrzymywać, mimo iż w duchu ogromnie bałam się jak to będzie bez niego. Ale cóż, ileż można się ciągle przepychać między sobą. Ustaliłam, że widocznie tak musi być. Na drugi dzień z sercem na ramieniu siedziałam w pracy i czekałam, kiedy zadzwoni i oznajmi, że się zbiera do siebie do domu. No i doczekałam się telefonu, tyle że nie z informacją o wyprowadzce tylko z chęcią nawiedzenia mnie w pracy i porozmawiania. He, jeszcze lepiej pomyślała,m nie dość że się wyprowadzi, to jeszcze oznajmi mi to w pracy z morzem zapewne wypominek złego i z pretensjami. Więc siedziałam spokojnie (a raczej na odwrót) i czekałam na jego przybycie, w myślach oswajając się z tym, co ma nadejść.
Odgłos naciskanej klamki, drzwi się otworzyły... Przyszedł, mina poważna... myślę - będzie ciężko. Ni z gruchy ni z pietruchy zupełnie się tego nie spodziewawszy, zaczął deklarować swoją miłość, niemożność życia beze mnie itp. itd. Ciach prask przykląkł i pierścionek był na palcu. Nie wiedziałam w pierwszej chwili co się dzieje. Serce waliło mi jak oszalałe... Pierścionek cudny, śliczny, emocje ciskały łzy do oczu.... Tak oto w dniu 1 grudnia 2009 r. mój Ptysiek zamiast się wyprowadzić zadeklarował pobyt na stałe ;).
Od tego momentu świat głębokich uczuć, miłości i niesamowitych przeżyć się otworzył. Nie pamiętam kiedy czułam tak silną więź z Nim, jak bardzo czułam iż należymy tylko do siebie. A teraz, dziś, jedziemy zamawiać salę na weselicho ;), które mamy nadzieję odbędzie się już w sierpniu.
Z jednej strony doczekać się nie mogę, z drugiej okropnie się boję - przygotowań, nerwów, i całego harmideru z tym związanego. Boję się też jeszcze tego, że znów przyjdą kłótnie, boję się, że potem nie będzie już odwrotu. Bo pomimo tego, że bardzo się kochamy i chcemy być razem ze sobą to życie niesie wiele niespodzianek, szczególnie tych przykrych, a znając nasze usposobienia kłótni też sporo będzie. Ale czy wytrzymamy??? Myślę, że tak, choć burzę niejedną przetrwaliśmy, wiem że nadejdą jeszcze gorsze. Ale wolę to przeżywać z Nim niż bez Niego.

Kocham Cię ogromnie mój Głuptasku ;*

środa, 18 listopada 2009

Bezsenność...

Dwie i pół godziny snu, multum wypalonych papierosów, przeczytane 22 strony książki (która de facto już dawno powinna być skończona), dziesiątki łez, tysiąc cztery myśli, milion wspomnień i jeszcze więcej tęsknot - tak wyglądała moja dzisiejsza noc. Dwie puszki wypitego wcześniej piwa nie ułatwiły spokojnego, głębokiego i szybkiego uśnięcia. W ogóle nie jestem zmęczona, ani trochę. Popijam właśnie kawę, która ma za zadanie ułatwić mi dzisiejszy początek dnia w pracy ;).
Ostatnie dni nie nastrajały mnie zbyt pozytywnie, ciągły nerw, ciągłe smutki. Dzisiejsza noc być może okaże się lekkim przełomem w moim życiu. Celowo podkreślam, że lekkim, bo tak do końca nigdy nic nie wiadomo.
Zawsze po jakichkolwiek gniewach, kłótniach itp. następowała litania rzeczy "do poprawienia", litania sposobów "do naprawienia". Zawsze w myślach układałam plan podbudowania tego co poniekąd runęło, lub tylko obszczerbiło. A dziś nic... zupełnie nic... i tak zostanie. Nic nie będę robić, bo:
po 1 - okropnie mi się nie chce,
po 2 - po co, jak i tak grochem o ścianę,
po 3 - znudziło mi się,
po 4 - gdy coś nie wychodzi, lepiej zostawić i nic na siłę,
po 5 - są bardziej interesujące i piękniejsze rzeczy do zrobienia.
Sad but true... Co ma być to będzie, więcej ręki do tego nie przyłożę.
I jakoś mi dziś lżej z tym wszystkim... Jeszcze tylko z szafy wyciągnę dawno zapomniany uśmiech i będzie dobrze. I co z tego, że jesień i zaraz zima, skoro w domu i tak już od dawna te pory goszczą i wynieść jak na razie się nie zamierzają.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Wyluzuj...

Ostatnio często słyszę to od najbliższych, sama też wiem, że jeśli nie osiągnę spokoju ducha to nie będzie dobrze. Staram się jak mogę, staram się nie myśleć, lecz jakoś nie wychodzi... Gdy tylko nie mam zajęcia, gdy nie przykuję na czymś uwagi, myśli zaraz kłębią się w mej głowie. Choć może odwrotnie, one wciąż są, tylko podczas bezczynności się uaktywniają. I niby wszystko jest ok. Dobrze układają się moje relacje z otoczeniem, jednak coś jest nie tak... Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć. Wiem jedno, że albo mam świetne przeczucie, albo paranoję. Myśli moje w sumie dotyczą wciąż tych samych spraw. Szukając pocieszenia u kumpelek, tłumacząc im co się ze mną dzieje, usłyszałam by tego nie bagatelizować. Znają mnie nie od dziś, wobec tego jak stwierdziły - przeczucie rzadko mnie zawodziło i prędzej czy później wychodziło na jaw to, o czym myślałam, co przeczuwałam. Niby zero oznak w życiu codziennym, niby wszystko ok, ale po pewnym czasie wychodziło szydło z worka. I tego bardzo się boję, że jednak moje myślenie nie jest bezpodstawne. I teraz tak naprawdę tylko czekam, aż potwierdzi się to, co powiedziały kumpele. Doprowadza mnie to do szału.
Sama szukać potwierdzeń i dowodów nie będę, to nie ja, tak nie umiem. Modlę się tylko by nie było za późno...

Kolejną kwestią, która mi się nie podoba to to, iż w niektórych sytuacjach robię rzeczy, podejmuję kroki, których nie powinnam. Nie to, żebym żałowała, że je powzięłam, jednak w głębi czuję, że nie powinnam. Cały obecny mój związek opiera się na tym, że to ja wyszłam z inicjatywą poważnych kroków w związku. Tak nawet zaczął się on tworzyć, niecierpliwość i wpływ całokształtu wydarzeń w tamtym okresie pchnął mnie do pierwszego kroku, by stworzyć relację z moim obecnym Ptyśkiem. To ja pierwsza zaczęłam rozmowę na temat bycia razem ze sobą. Kolejnym krokiem zbyt poważnym była decyzja o wspólnym zamieszkaniu. też ja wyszłam z tą inicjatywą. Niby fakt faktem, chcieliśmy tego oboje, jednak to ja zainicjowałam.
Podczas jednej z ostatnich "rozmów" (bardziej kłótni i czepiania się na wzajem) to ja zaczęłam rozmowę na temat zalegalizowania naszego związku. Męczy mnie to bardzo... Czy to wina mojego charakteru? Jestem zbyt niecierpliwa, zbyt bezpośrednia. I wciąż to poczucie naciskania z mojej strony. To nie tak być powinno...

piątek, 23 października 2009

Jesienna depresja??? czy losowo wybrane ciężkie dni...


Za oknem szaro ponuro, takie jak aura mej duszy ostatnio. Ciężko znaleźć prawdziwy powód do śmiechu, choć podobno nawet w małych cząstkach uśmiechu można znaleźć to co daje ukojenie i energię by dotrwać do następnego dnia. Pisać ostatnio też mi się nie chce... bo i o czym? Wciąż to samo od pewnego czasu... ból, smutek i łzy wypłakiwane ukardkiem z powodu braku bliskiej osóbki. Mimo, iż choroba rozwijała się bardzo długo i mieliśmy z nią bezpośrednią styczność od ponad dwóch lat, pomimo iż jej skutki odczuwaliśmy już długo nadal pozostawała jakaś iskierka nadziei w sercu. Z dnia na dzień było jej coraz mniej, jak też mniej cioci, która od stycznia leżąc w łóżku nie mówiła, przestała chodzić i jeść. Patrzyliośmy i trwaliśmy w tym wszystkim, z dnia na dzień pragnąć coraz bardziej choćby lekkiej poprawy. Każdy z nas po cichu zdawał sobie sprawę z tego, że w każdym momencie może odejść, że organizm nie wytrzyma. Z dnia na dzień trzeba było żyć ze świadomością i strachem, czy rano będzie oddychać, czy nie odjedzie tak zbyt cicho by nie móc zauważyć tego w odpowiednim momencie.
Mam poczucie winy, że nie zrobiłam wszystkiego co można było zrobić. Mam wyrzuty sumienia, że nerwowo reagowałam na wszystkie odchylenia choroby, i choć każdy mówi, pociesza że to nie tak, że nic nie byłabym w stanie zmienić to jednak to nie pomaga... Tak naprawdę nigdy nie pogodziłam się z tym, że w naszej rodzinie jest tyle cierpienia. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego MY. Bo choroba członka rodziny to nie tylko cierpienie chorego, to także ból i cierpienie najbliższych osób znajdujących się w otoczeniu.
Zła jestem że nigdy nie mogłam okazać słabości, łez czy smutku. Musiałam wspierać podupadającego nerwowo wujka, "ratować" sytuacje, choć w między czasie zdarzało mi się popełniać katastrofalne błędy, jak upijanie się, wywoływanie kłótni... Niestety idealna nie jestem, odreagowywałam nie tak jak trzeba - wiem, doskonalne zdaję sobie z tego sprawę... I to dlatego tak boli... z dnia na dzień coraz bardziej, niestety... Niestety dalej musze być silna, trzymać jakoś to wszystko w kupie. Niestety...