piątek, 11 grudnia 2009

Miłość to nie tylko motyle, kolorowa tęcza, szybsze bicie serca i blask szczęścia w oku. Miłość to też cierpienie, ból, łzy i czasami bezradność. Na niektóre sytuacje nie mamy wpływu, przychodzą znikąd i psują to co budowało się przez długi czas. Za niektóre "potyczki miłosne" odpowiedzialni jesteśmy sami...
Nie do końca zrozumiałe jest to jak z minuty na minutę nasze życie może ulec zmianie, jak łatwo jest stracić drugą połówkę, przed chwilą tak kochaną a po chwili znienawidzoną. Po pewnym czasie emocje opadają, nadchodzi żal za to co powiedzieliśmy, zrobiliśmy. Często nie ma już odwrotu i traci się coś cennego na zawsze.
Podobno, jednak, najlepiej jest ochłonąć i na "trzeźwo" rozpatrzeć problem, bez podejmowania radykalnych kroków w chwili wzburzenia. Dlatego poniekąd cieszę się, że mimo wszystko, potrafimy rozwiązać problem prawie że natychmiast, po chwili milczenia, krzyków, nadchodzi spokój... Inna rzecz się ma w sytuacji, gdy nawet chcemy pogodzenia to żadne z nas nie chce pierwsze uczynić gestu pojednania lub każde upiera się przy swoim i tłumaczy się, że to nie on/ona jest winne wszystkiemu. Zaczyna się swego rodzaju gra, jak ty nic nie zrobisz ja udowodnię Ci, że ja też wytrzymam. I tak bierze się na przetrzymanie, jedno drugiego. Jaki jest tego skutek??? Niewątpliwie utrata zaufania do drugiej strony, niewątpliwie pomimo wszystko jakiś ułamek uczucia znika bezpowrotnie. Taka gra jest gorsza od samej kłótni. Nie bardzo wiadomo jak się zachować, odezwać się, czy nie. No pewnie, że nie bo tamta osoba też się nie odzywa ... i taka dziecinada potrafi trwać dłuższy czas. I tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawę, jak związek i relacje uczuciowe zmieniają się na gorsze. Bo czasami samo milczenie wywołuje cierpienie. Sama świadomość tego, że gra się z czyimiś uczuciami nie zawsze jest jasna, ale niestety tak jest. To nie jest gra dwojga ludzi. To jest gra ich uczuć, wytrzymałości i upartości. Nawet gdy potem dojdzie do zgody, nie wszystko jest takie samo, jak było. Jakiś cień w sercu zostaje. Nawet gdy w takich chwilach mam ochotę podejść, przeprosić, przytulić, to coś mnie powstrzymuje... Najgorsze jest to że z każdą kłótnią ten opór jest coraz większy. I być może kiedyś zostanie na zawsze, powstrzymywać będzie mimo wszystko. No cóż, takie jest życie, takie są relacje, taka jest miłość??? Miałam nieco odmienne o niej wyobrażenie...

poniedziałek, 7 grudnia 2009

Dzieje się...

Oj tak, i to dużo się dzieje ostatnimi czasy. Ale od początku.
Po ostatniej kłótni z Ptyśkiem, oboje powiedzieliśmy sobie dość. Kolejna deklaracja wyprowadzki z jego strony przelała szalę. Powiedziałam sobie, że tym razem nie będę go zatrzymywać, mimo iż w duchu ogromnie bałam się jak to będzie bez niego. Ale cóż, ileż można się ciągle przepychać między sobą. Ustaliłam, że widocznie tak musi być. Na drugi dzień z sercem na ramieniu siedziałam w pracy i czekałam, kiedy zadzwoni i oznajmi, że się zbiera do siebie do domu. No i doczekałam się telefonu, tyle że nie z informacją o wyprowadzce tylko z chęcią nawiedzenia mnie w pracy i porozmawiania. He, jeszcze lepiej pomyślała,m nie dość że się wyprowadzi, to jeszcze oznajmi mi to w pracy z morzem zapewne wypominek złego i z pretensjami. Więc siedziałam spokojnie (a raczej na odwrót) i czekałam na jego przybycie, w myślach oswajając się z tym, co ma nadejść.
Odgłos naciskanej klamki, drzwi się otworzyły... Przyszedł, mina poważna... myślę - będzie ciężko. Ni z gruchy ni z pietruchy zupełnie się tego nie spodziewawszy, zaczął deklarować swoją miłość, niemożność życia beze mnie itp. itd. Ciach prask przykląkł i pierścionek był na palcu. Nie wiedziałam w pierwszej chwili co się dzieje. Serce waliło mi jak oszalałe... Pierścionek cudny, śliczny, emocje ciskały łzy do oczu.... Tak oto w dniu 1 grudnia 2009 r. mój Ptysiek zamiast się wyprowadzić zadeklarował pobyt na stałe ;).
Od tego momentu świat głębokich uczuć, miłości i niesamowitych przeżyć się otworzył. Nie pamiętam kiedy czułam tak silną więź z Nim, jak bardzo czułam iż należymy tylko do siebie. A teraz, dziś, jedziemy zamawiać salę na weselicho ;), które mamy nadzieję odbędzie się już w sierpniu.
Z jednej strony doczekać się nie mogę, z drugiej okropnie się boję - przygotowań, nerwów, i całego harmideru z tym związanego. Boję się też jeszcze tego, że znów przyjdą kłótnie, boję się, że potem nie będzie już odwrotu. Bo pomimo tego, że bardzo się kochamy i chcemy być razem ze sobą to życie niesie wiele niespodzianek, szczególnie tych przykrych, a znając nasze usposobienia kłótni też sporo będzie. Ale czy wytrzymamy??? Myślę, że tak, choć burzę niejedną przetrwaliśmy, wiem że nadejdą jeszcze gorsze. Ale wolę to przeżywać z Nim niż bez Niego.

Kocham Cię ogromnie mój Głuptasku ;*