piątek, 23 października 2009

Jesienna depresja??? czy losowo wybrane ciężkie dni...


Za oknem szaro ponuro, takie jak aura mej duszy ostatnio. Ciężko znaleźć prawdziwy powód do śmiechu, choć podobno nawet w małych cząstkach uśmiechu można znaleźć to co daje ukojenie i energię by dotrwać do następnego dnia. Pisać ostatnio też mi się nie chce... bo i o czym? Wciąż to samo od pewnego czasu... ból, smutek i łzy wypłakiwane ukardkiem z powodu braku bliskiej osóbki. Mimo, iż choroba rozwijała się bardzo długo i mieliśmy z nią bezpośrednią styczność od ponad dwóch lat, pomimo iż jej skutki odczuwaliśmy już długo nadal pozostawała jakaś iskierka nadziei w sercu. Z dnia na dzień było jej coraz mniej, jak też mniej cioci, która od stycznia leżąc w łóżku nie mówiła, przestała chodzić i jeść. Patrzyliośmy i trwaliśmy w tym wszystkim, z dnia na dzień pragnąć coraz bardziej choćby lekkiej poprawy. Każdy z nas po cichu zdawał sobie sprawę z tego, że w każdym momencie może odejść, że organizm nie wytrzyma. Z dnia na dzień trzeba było żyć ze świadomością i strachem, czy rano będzie oddychać, czy nie odjedzie tak zbyt cicho by nie móc zauważyć tego w odpowiednim momencie.
Mam poczucie winy, że nie zrobiłam wszystkiego co można było zrobić. Mam wyrzuty sumienia, że nerwowo reagowałam na wszystkie odchylenia choroby, i choć każdy mówi, pociesza że to nie tak, że nic nie byłabym w stanie zmienić to jednak to nie pomaga... Tak naprawdę nigdy nie pogodziłam się z tym, że w naszej rodzinie jest tyle cierpienia. Nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego MY. Bo choroba członka rodziny to nie tylko cierpienie chorego, to także ból i cierpienie najbliższych osób znajdujących się w otoczeniu.
Zła jestem że nigdy nie mogłam okazać słabości, łez czy smutku. Musiałam wspierać podupadającego nerwowo wujka, "ratować" sytuacje, choć w między czasie zdarzało mi się popełniać katastrofalne błędy, jak upijanie się, wywoływanie kłótni... Niestety idealna nie jestem, odreagowywałam nie tak jak trzeba - wiem, doskonalne zdaję sobie z tego sprawę... I to dlatego tak boli... z dnia na dzień coraz bardziej, niestety... Niestety dalej musze być silna, trzymać jakoś to wszystko w kupie. Niestety...

poniedziałek, 12 października 2009

O, jakże do tego przywyknę,
O, jakże z tym się oswoję,
Jak cię ogarnę przeniknę,
Umiłowanie moje.

Jakie ci zerwę liście,
Jakim osypię pąkowiem,
Co ci, jedyny, na przyjście
Twoje najdroższe opowiem.

Jak ci się oddam cała,
Co z siebie całej powierzę,
W mym szczęściu, w mym lęku nieśmiała,
Dawno do ciebie należę.

I tylko przywyknąć nie umiem
I tylko jeszcze się boję,
Jak cię ogarnę, zrozumiem,
Umiłowanie moje.

Kazimierz Wierzyński

piątek, 9 października 2009

Ku pamięci mamy, przyjaciółki, powiernicy duchowej... odeszła zbyt szybko, zbyt boleśnie w dniu 01.10.2009 r.

Październik jak dywan,
jakich nie bywa
często ostatnio –
płowo-zielony
dywan zdobiony
słońcem dostatnio.
Pejzaż gorący
rżysk i stygnących
gwiazd w zimnym niebie –
smutku, co zawisł
kluczem żurawi –
pejzaż bez ciebie.

Dzień za dniem,
sen za snem,
pełnia i nów,
i słońce znów.
Noce i dni
wciąż nazbyt ładne –
zmierzchy i
świty bezradne.

Rower zmęczony
płosząc gawrony
sunie drożyną.
Jedzie listonosz –
już pod czerwoną
jest jarzębiną.
Na skwar narzeka,
ma tylko przekaz –
złotych sto dziewięć !
Tą samą drogą
wraca. Nikogo.
Pejzaż bez ciebie.

Na horyzoncie
topi się słońce
w złocie czerwonym.
Rzeką nadpływa
siwa flotylla
mgiełek wieczornych.

Idę przez pole
gdzie dwie topole -
drzewo przy drzewie -
patrzą z wysoka
w przestrzeń jak otchłań -
pejzaż bez ciebie.

Chyba to sprawił
październik, że prawie
nic już nie czuję.
Słucham, jak teraz
upał zamiera,
ciszą pulsuje.
Pewno ci dobrze
gdzieś o tej porze,
pewno przyjemnie.
A wokolutko-
pejzaż bez smutku
pejzaż beze mnie.

Noce i dni
O których nie wiesz
jesień i
pejzaż bez ciebie.

Jeremi Przybora