czwartek, 27 sierpnia 2009

Cierpienie wymaga więcej odwagi niż śmierć

"Nigdy nie jesteśmy tak bardzo bezbronni wobec cierpienia jak wtedy, gdy kochamy."
--- Zygmunt Freud



Cierpienie jest nieodłącznym elementem ludzkiego istnienia. Towarzyszy nam od zarania dziejów. Dla każdego z osobna ma jednak inny wymiar. Tak jak każde uczucie, cierpienie jest postrzegane przez różne pryzmaty, a związane jest to zapewne z indywidualnymi doznaniami, potrzebami, odpornością zarówno psychiczną jak i fizyczną. Tak się życie potoczyło, że z cierpieniem spotykam się na każdym kroku, każdego dnia w roku. Bliska mi osoba jest chora na raka mózgu. W chwili obecnej przebywa razem z nami w domu, tak więc dzień w dzień mam z nią styczność. Czy cierpi? Tego nie wiem, miewa bóle, ale to normalne w takim stadium choroby (leczenie zakończone, wyrok zapadł, reszta to kwestia czasu, w cuda niestety nie wierzę). Wiem jedno, cierpią psychicznie jej najbliżsi. Najbardziej mąż, który dniami i nocami siedzi przy niej, głaszcząc, doglądając, ofiarując swą opiekę, aczkolwiek na wielu płaszczyznach przesadzoną. Nie można go za to winić, jednakże denerwujące jest to i w pewnych momentach wręcz żałosne. Codziennie wstając rano, patrząc na jego twarz w mig powraca myśl, że tu w domu z dnia na dzień gaśnie światełko. Jestem w stanie zrozumieć wiele, być odporną na przeróżne okoliczności. Czasami mam wrażenie, że jestem uważana za osobę, którą w ogóle nie obchodzi stan rzeczy jaki jest obecnie w domu. Cóż... wiem swoje... To jak ja to przeżywam, jak ja to czuję wiem sama i nikt nigdy tak naprawdę nie będzie miał zielonego o tym pojęcia. Czasami wręcz wydaje mi się, ze jednak jestem mniej odporna... nie potrafię posiedzieć dłużej i potrzymać za rękę, gdyż zaraz w głowie tworzą mi się obrazy z przeszłości, w których wszystko jest jeszcze ok. Momentami ogarnia mnie straszny gniew w stosunku do chorej, momentami nie mając żadnego punktu zaczepienia obwiniam ją za to że leży i umiera. Wiem, że z mojej strony wychodzi tu egoizm, ale niestety też bym chciała by było dobrze, chciałabym mieć normalną kompletną i zdrową rodzinę. Zamiast tego rodzinny świat się rozpada... nie potrafię tego ogarnąć, dzieje się wszystko za szybko... Zdaję sobie sprawę z tego, że pewnego dnia Ona odejdzie i tak naprawdę nie potrafię sobie wyobrazić, co będzie dalej... Gdy o tym myślę widzę czarną przestrzeń, żadnego obrazu. Tak naprawdę wraz z jej chorobą i wyrokiem, jaki podali nam lekarze, runęły moje wszelkie marzenia o przyszłości. To boli, to tak jakbym straciła osobowość, jakby ktoś zabrał mi to co tak naprawdę było tylko moje... Jednakże, gdybym miała szansę zamiany tego co jest teraz na coś lepszego, mniej strasznego... nigdy bym tego nie zrobiła, no chyba że kartą przetargową miało by być zdrowie to na pewno za wszelką cenę, bym je podarowała. Nie jest mi źle z tym, że muszę się opiekować chorą, pielęgnować, doglądać. Nie jestem zła za nieprzespane noce, pobudki, stres, i ciągły strach, że przestanie oddychać. Po prostu najzwyczajniej w świecie nie chcę stracić jedynej przyjaciółki a zarazem matki... Wolałabym sama cierpieć niż patrzeć jak cierpi ktoś inny. Ból jest nie do zniesienia, rozrywa serce, ale nie poddaję się choć wierzyć przestałam, a nadzieja dawno odeszła. Kocham Cię ogromnie, choć nigdy Ci tego nie powiedziałam i już nie zdążę byś to usłyszała i zrozumiała... Przepraszam....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz