Ostatnio często słyszę to od najbliższych, sama też wiem, że jeśli nie osiągnę spokoju ducha to nie będzie dobrze. Staram się jak mogę, staram się nie myśleć, lecz jakoś nie wychodzi... Gdy tylko nie mam zajęcia, gdy nie przykuję na czymś uwagi, myśli zaraz kłębią się w mej głowie. Choć może odwrotnie, one wciąż są, tylko podczas bezczynności się uaktywniają. I niby wszystko jest ok. Dobrze układają się moje relacje z otoczeniem, jednak coś jest nie tak... Nie potrafię tego racjonalnie wytłumaczyć. Wiem jedno, że albo mam świetne przeczucie, albo paranoję. Myśli moje w sumie dotyczą wciąż tych samych spraw. Szukając pocieszenia u kumpelek, tłumacząc im co się ze mną dzieje, usłyszałam by tego nie bagatelizować. Znają mnie nie od dziś, wobec tego jak stwierdziły - przeczucie rzadko mnie zawodziło i prędzej czy później wychodziło na jaw to, o czym myślałam, co przeczuwałam. Niby zero oznak w życiu codziennym, niby wszystko ok, ale po pewnym czasie wychodziło szydło z worka. I tego bardzo się boję, że jednak moje myślenie nie jest bezpodstawne. I teraz tak naprawdę tylko czekam, aż potwierdzi się to, co powiedziały kumpele. Doprowadza mnie to do szału.
Sama szukać potwierdzeń i dowodów nie będę, to nie ja, tak nie umiem. Modlę się tylko by nie było za późno...
Kolejną kwestią, która mi się nie podoba to to, iż w niektórych sytuacjach robię rzeczy, podejmuję kroki, których nie powinnam. Nie to, żebym żałowała, że je powzięłam, jednak w głębi czuję, że nie powinnam. Cały obecny mój związek opiera się na tym, że to ja wyszłam z inicjatywą poważnych kroków w związku. Tak nawet zaczął się on tworzyć, niecierpliwość i wpływ całokształtu wydarzeń w tamtym okresie pchnął mnie do pierwszego kroku, by stworzyć relację z moim obecnym Ptyśkiem. To ja pierwsza zaczęłam rozmowę na temat bycia razem ze sobą. Kolejnym krokiem zbyt poważnym była decyzja o wspólnym zamieszkaniu. też ja wyszłam z tą inicjatywą. Niby fakt faktem, chcieliśmy tego oboje, jednak to ja zainicjowałam.
Podczas jednej z ostatnich "rozmów" (bardziej kłótni i czepiania się na wzajem) to ja zaczęłam rozmowę na temat zalegalizowania naszego związku. Męczy mnie to bardzo... Czy to wina mojego charakteru? Jestem zbyt niecierpliwa, zbyt bezpośrednia. I wciąż to poczucie naciskania z mojej strony. To nie tak być powinno...
Sama szukać potwierdzeń i dowodów nie będę, to nie ja, tak nie umiem. Modlę się tylko by nie było za późno...
Kolejną kwestią, która mi się nie podoba to to, iż w niektórych sytuacjach robię rzeczy, podejmuję kroki, których nie powinnam. Nie to, żebym żałowała, że je powzięłam, jednak w głębi czuję, że nie powinnam. Cały obecny mój związek opiera się na tym, że to ja wyszłam z inicjatywą poważnych kroków w związku. Tak nawet zaczął się on tworzyć, niecierpliwość i wpływ całokształtu wydarzeń w tamtym okresie pchnął mnie do pierwszego kroku, by stworzyć relację z moim obecnym Ptyśkiem. To ja pierwsza zaczęłam rozmowę na temat bycia razem ze sobą. Kolejnym krokiem zbyt poważnym była decyzja o wspólnym zamieszkaniu. też ja wyszłam z tą inicjatywą. Niby fakt faktem, chcieliśmy tego oboje, jednak to ja zainicjowałam.
Podczas jednej z ostatnich "rozmów" (bardziej kłótni i czepiania się na wzajem) to ja zaczęłam rozmowę na temat zalegalizowania naszego związku. Męczy mnie to bardzo... Czy to wina mojego charakteru? Jestem zbyt niecierpliwa, zbyt bezpośrednia. I wciąż to poczucie naciskania z mojej strony. To nie tak być powinno...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz